CZEGO SIĘ SPODZIEWAĆ, GDY PRZYCHODZISZ DO COACHA

Gdy przychodzisz do coacha z myślą, że chcesz osiągnąć “A”, spodziewaj się, że osiągniesz “A”, ale może również “B”, “C” i “D”. Kto wie, może nawet dalej?



Dam Wam przykład - ze swojego własnego coachingu, bo szewc w tym przypadku chodzi w butach, to znaczy, coachowie też się “coachują” - pracują nad sobą z innym coachem.


Jakiś czas temu przygotowałam plan na kolejne trzy miesiące. Umieściłam w nim wszystkie pomysły, które przyszły mi do głowy (wszystkie są świetne), które pomogłyby mi w otwarciu i rozwoju własnej firmy. Minęły dwa tygodnie z zaplanowanych trzech miesięcy, a ja widzę, że posuwam się do przodu powoli i ogarniają mnie wątpliwości, czy zdołam wszystko wcielić w życie. Czuję, że plan zaczyna mi ciążyć, mam coraz mniej chęci do działania i wiary we własne siły.



"(...) a jednak dla mnie kluczowe było nazwanie mojego obecnego planu “planem maksimum”. Tylko dzięki temu mogłam się rozstać z pewnymi pomysłami."


Co robię? Postanawiam porozmawiać ze swoim coachem o lepszym planowaniu mojego czasu. Jak mogę go efektywniej wykorzystać? Jak czuć się pełna energii i chęci do działania? (hmm, sporo z zaplanowanych działań to nie są moje pasje, umówmy się).


A co uświadamiam sobie w trakcie rozmowy? Że stworzyłam sobie “plan maksimum”, w który włożyłam wszystko. Wszystkie pomysły. Wszystko najlepszej jakości. Wszystko ma być najdokładniej przygotowane i przemyślane. Wdrożenie takiego planu i jeszcze wdrożenie go z uśmiechem na ustach to w sumie marzenie ściętej głowy!

No i dotarło do mojej jeszcze trzymającej się na szyi głowy (żeby nie powiedzieć “łepetyny”), że mogę przecież stworzyć również “plan optimum”, a nawet, uwaga uwaga, “plan minimum”! I cieszyć się, gdy uda mi się go zrealizować. Bo nadal będę miała to, co dla mnie najważniejsze.


Oczywista oczywistość, powie ktoś. Owszem, niby tak, a jednak dla mnie kluczowe było nazwanie mojego obecnego planu “planem maksimum”. Tylko dzięki temu mogłam się rozstać z pewnymi pomysłami. Które przecież są świetne. Które mogą mi i mojej działalności przynieść tyle korzyści. Wcześniej wręcz niemożliwe wydało mi się zrezygnowanie z nich.

Ale gdy spojrzałam na całość swojego życia teraz, to stwierdziłam, że chcę i mogę sobie trochę odpuścić. Że “plan minimum” jest naprawdę dobry, a pozostałe pomysły mogę zrealizować trochę później.


I wiecie, co jeszcze ciekawe? Zdarza się, że sama sobie wkładam kłody pod nogi. Kończę właśnie moje przygotowania do akredytacji z coachingu, i tutaj też chciałam “jak najwięcej się nauczyć” - czyli zrobić akredytację na podstawie najtrudniejszych dla mnie sesji, bo przecież wtedy uczę się najwięcej. Znowu “plan maksimum”! A mam mnóstwo możliwości - mogłabym wykorzystać sesje dla mnie prostsze, na których też nauczę się wiele i nie przytłoczy mnie ogrom trudności, które napotkam.


Przyszłam na sesję z myślą o efektywnym planowaniu swojego czasu, a odkryłam, że nieświadomie stosując “plan maksimum” odbieram sobie chęć do działania. Ot, taki dodatkowy “bonus” - a dał mi dwa razy więcej energii i optymizmu, niż zakładałam przed sesją :)

0 wyświetlenia

© 2019 by Coaching4results