Dwie historie o "NIE", czyli asertywność w pracy


Diament menadżerki


To był naszyjnik z malutkim diamencikiem. Jej prezent dla siebie samej. Właśnie rozpoczęła nową pracę, po raz pierwszy z menadżerem w tytule. Ten naszyjnik założyła pierwszego dnia pracy - jako menadżer chciała mieć na sobie coś drogocennego, by podkreślić swoją pozycję.


W pierwszym tygodniu pracy tylko otwierała szeroko oczy - i jeszcze to, i jeszcze to, i jeszcze to będzie do zrobienia? Miała wrażenie, że wszyscy podrzucają jej jakąś część swoich niechcianych obowiązków - no bo przecież objęła nowo stworzoną rolę. Wszyscy czegoś od niej chcieli i przychodzili z kolejnymi zadaniami do wykonania.


Żeby się w tym nie pogubić, stworzyła arkusz w Excelu, gdzie wpisywała kolejne obowiązki. Siedziała w pracy po 12 godzin, żeby się w tym wszystkim ogarnąć.


Idąc spać zdejmowała naszyjnik i odkładała na toaletkę, rano go zakładała. Któregoś dnia rano była już tak zmęczona, że machnęła ręką. Naszyjnik został na toaletce.


Po miesiącu pracy, gdy tylko ktoś do niej podchodził z jakimś zapytaniem, z niechęcią podnosiła głowę znad laptopa i odburkiwała coś w odpowiedzi. Nie miała czasu na kolejne dyrdymały. A gdy kierownicy żądali na zebraniach większej aktywności, głośno broniła się, żeby tylko nie spadły na nią następne zadania. Szczególnie jedna z kierowniczek mocno dała się jej we znaki.


Minęły kolejne dwa miesiące i nic się nie zmieniło. Miała właśnie mieć rozmowę ze swoim szefem - nota bene pracującym w innej lokalizacji. Usłyszała od niego “jesteś nieprzystępna”. Usłyszała też, że wiele osób nie jest zadowolonych z jej pracy.

Ogarnęło ją rozgoryczenie i łzy napłynęły do oczu - to tak się staram, wypruwam flaki po to, żeby teraz usłyszeć, że są niezadowoleni z mojej pracy? To ja mam prawo być niezadowolona!


Niewiele brakowało, a rzuciłaby papierami i odeszła. Wróciła do domu i przysiadła przy swojej toaletce. Zobaczyła naszyjnik z diamencikiem - nienoszony od dwóch miesięcy. Błysnął do niej, a jej zachciało się znowu płakać. Przecież była menedżerką! Poczuła, że coś w niej pękło.


To chyba ten błysk malutkiego diamentu był iskrą, która dodała jej odrobinę energii. Postanowiła porozmawiać ze swoim szefem raz jeszcze. Opowiedzieć mu, ile godzin pracuje i jakimi rzeczami się zajmuje. Opowiedzieć mu, że wielu naprawdę ważnych rzeczy robić nie może, bo ginie w administracyjnych zadaniach, które ktoś wykonać musi. I przyszło jej też na myśl, żeby poprosić o wsparcie - zatrudnienie kogoś do pomocy, być może stażysty, który ogarnie podstawowe tematy.


Trochę trwało, zanim poczuła, że odbija się od dna. Trzy miesiące później, ze stażystką u boku, po raz pierwszy sama zaproponowała na zebraniu kierowników, że w coś się zaangażuje. I zaczęła się uśmiechać do podchodzących do niej z pytaniami kolegów.


Dziś zdążyła już trzy razy awansować - choć gdy wspomina początki to wie, że o mały włos nie została wtedy zwolniona. Bo na początku “nie” mówiła tym wszystkim rzeczom, które tak naprawdę były najważniejsze - dla jej rozwoju, dla jej kariery, dla ludzi, z którymi współpracowała. To “nie”, było natychmiastowe, wykrzyczane bez zastanowienia.

Bo na początku nie umiała powiedzieć “nie” rzeczom mniej ważnym. Nie umiała powiedzieć “nie” sobie samej - trzymając się kurczowo rutynowych czynności, dzięki którym wydawało jej się, że ma kontrolę nad tym, co robi.


Dziś już wie, że żeby zrobić miejsce na rzeczy najważniejsze, czasem musi również powiedzieć “nie” czemuś, co jest ważne.


A naszyjnik z małym diamencikiem nosi na co dzień.




Plebiscyt


W sumie Anka wiedziała, że tak jest. Wiedziała, że jej to nie służy. Tylko jakoś nic nie potrafiła z tym zrobić. W sumie nie była pewna, czy chciała. Jak mogła zawieść oczekiwania tylu osób? Jak mogła powiedzieć, że jest zbyt zajęta, by pomóc?



Karierę zaczęła, oczywiście, w dziale Obsługi Klienta. Klienci ją uwielbiali. Rok do roku, przez 3 lata, wygrywała plebiscyt na najbardziej cenionego przez klientów Specjalistę w dziale. Szefowa Ela podkreślała, że Anka jest spoidłem zespołu. Że potrafi rozładować wiele sytuacji, wysłuchać wiele skarg, pokiwać głową “rozumiem Cię” i zaproponować rozwiązanie. Chciała pomagać. Chciała być pomocna. Chciała, żeby inni dobrze się z nią czuli i doceniali ją za jej wsparcie.


Gdy została Team Leaderem - nadal miała bezpośredni kontakt z większością swoich klientów - jej zespół często prosił ją o pomoc, żeby rozładować sytuację, udobruchać klientów, pomóc się dogadać.

Ze zdziwieniem zaobserwowała, że jej kolega, który z klientami rozmawiać nie lubił, również awansował, na równorzędne jej stanowisko. Konrad w ogóle jej tu nie pasował - lubił liczby, tworzył procedury, no i prawie nigdy nie widziała, żeby bezpośrednio angażował się w powstające problemy.


Gdy jej szefowa ogłosiła odejście do innej firmy, zatrwożyła się. Chciała awansować, ale czy inni nie posądzą ją o zbytnią ambicję? O bycie samolubną? Przecież na to stanowisko startowało jeszcze dwóch kolegów z jej równych stanowisk, w tym Konrad, z którym jej relacje przez cały czas nie układały się zbyt dobrze.


Za namową Eli zgłosiła swoją kandydaturę i dostała awans. Zdziwiła się, gdy (już wtedy była) szefowa, na odchodnym powiedziała jej “teraz będziesz potrzebowała nauczyć nowych sposobów na radzenie sobie z trudnymi sytuacjami”. Wzruszyła tylko w myślach ramionami - przecież to właśnie była jej specjalność!


I zaczęło się! Została zasypana zadaniami, pytaniami, prośbami o pomoc - już nie tylko od swoich podwładnych, od klientów, ale również kolegów z zespołu menedżerów. W dodatku nie była w stanie ułożyć sobie relacji z Konradem, który robił wszystko po swojemu i zdawał się w ogóle nie widzieć w niej przełożonej. Robiła co mogła, ale i tak spotykała się z niezadowoleniem - i sen z powiek spędzało jej to, co myślała, że mówią o niej inni za jej plecami. Angażowała się jeszcze bardziej, próbowała dać z siebie więcej, zadowolić wszystkich… Nie starczało jej czasu i energii.


Wkrótce zaczęły się już nie pytania i prośby, a skargi i zażalenia. Od pracowników, klientów, kolegów na sąsiednich stanowiskach… Wyniki plebiscytu klientów były tragiczne - nie było ani jednej osoby w dziale, którą klienci oceniliby naprawdę dobrze. Anka miała wrażenie, że ziemia ucieka jej spod nóg.


Postanowiła porozmawiać ze swoją byłą szefową. Jakoś to właśnie Ela przyszła jej do głowy, gdy stwierdziła, że sama nie znajdzie rozwiązania. Ela nie była zdziwiona, gdy Anka opowiedziała jej, w czym leży problem. Pokiwała ze zrozumieniem głową, a potem zadała jej dwa pytania “Jak nauczyłaś się tego wszystkiego, dzięki czemu rozwiązujesz trudne sytuacje z klientami?”... I na ile dajesz możliwość takiej nauki swojemu zespołowi?”...


Odpowiedź uderzyła Ankę jak obuchem. Przecież próbując pomóc każdemu, mediując - nie pozwalała innym się uczyć! Nie przekazała swojemu zespołowi żadnej odpowiedzialności za to, co w sumie ich odpowiedzialnością było. Nauczyła ich, że gdy pojawiają się problemy - mają przychodzić do niej, a nie próbować samodzielnie wypracować rozwiązanie. Nic dziwnego, że zaczęła zawodzić nadmierne oczekiwania - sama te oczekiwania stworzyła! Tylko Konrad próbował zachować samodzielność - i buntował się przeciw jej zaangażowaniu w codzienne sprawy.


Pomagając innym - pomagała pozornie. Tak naprawdę nauczyła ich bezradności. Postanowiła zacząć to zmieniać.

51 wyświetlenia

© 2019 by Coaching4results